Poprzednie


24.02.2010__17.05
komentuj (0)

23/24 lutego

Ogromny dom, zamieszkaly przez kilka rodzin, na parterze mnóstwo kóz. chciałam się wydostać, a nie mogłam.

Katarzyna




17.02.2010__10.48
komentuj (0)

16/17 lutego
Ujeżdżałam lwy! Brałam udział w akcji, która miała na celu zmianę miejsca zamieszkania dużego stada lwów (z Żoliborza do okolic mojej podstawówki dokładnie) i z każdym lwem trzeba było pokonać tę trasę...na jego grzbiecie.


jakoś w styczniu
Byłam klaunem i razem ze swoją trupą występowałam na ulicy. odczuwałam z tego powodu straszne upokorzenie, które wzrosło zdecydowanie w chwili pojawienia się wśród widzów znajomego - z aparatem. Robił nam zdjęcia, co dodatkowo podkreślało moje poczucie niższości. Zabrałam go na spacer, podczas którego, nie odzywając się prawie wcale pokazywałam mu różne ciekawe kadry. Skutek tego działania był odwrotny od zamierzonego - w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z faktu, iż podobają mu się one głównie ze względu na to, iż traktuje mnie jako klauna, który nie powinien robić dobrych zdjęć, nie powinien potrafić patrzeć i dlatego jest tak zadziwiony trafnością moich wskazań - bo jestem tylko klaunem. Później okazało się, iz mieszkamy w jednym domu, do którego razem wróciliśmy (jednak on nie rozpoznał w moim wcieleniu klauna tego, kim jestem) Bałam sie mu to zdradzić, chciałam jedynie dać wskazówkę - już w normalnym stroju, jako ja, rozsypałam po całym ogrodzie czerwone piłki, które miały symbolizować nosy klauna. W ostatniej scenie ów znajomy wyjeżdzał z rodzicami, zobaczył mnie,
a we mnie pojawiła się pewność, że zrozumiał kim jestem i już nie muszę się z tym źle czuć.

Katarzyna




17.01.2010__02.29
komentuj (0)

16/17 stycznia

Jestem w mieście, Wiedeń/Berlin w każdym razie niemieckojęzycznie się czuję. Spaceruję - skądś uciekłam bo już miałam dość. Jest bardzo spokojnie nie ma żywej duszy nigdzie. Chyba jest strasznie wcześnie rano. Wielkie puste ulice tylko dla mnie. Idę lewą stroną. Zatrzymuję się przy fontannie. Jest sobie taka zwykła, standardowa, okrągła z kamienną rzeźbą a la wazon w środku. Ciurka. Po chwili okazuje się, że tuż obok niej jest malutka fontanna w postaci sikającego karła w czapce. Ta jest wyłączona.
Idę dalej. To musi być coś w rodzaju szlaku wodnych atrakcji, bo zaraz znajduję kolejną fontannę i ta przypomina bardziej sadzawkę. Pływają po niej nenufary i jakieś inne zielsko. Ściana tej sztucznej sadzawki-basenu ma około 60 cm wysokości. Kiedy się pochylam, okazuje się, że w beton wprawione są szybki i można zaglądać do środka. Więc zaglądam. Pływają rybki małe, są wodorosty. Bez rewelacji. Przy okazji dostrzegam tabliczkę, która informuje, że największą atrakcją sadzawki jest ptactwo wodne. Wytężam wzrok no i rzeczywiście, ze trzy kaczki przysypiają na drugim końcu.
Potem nie wiem co się dzieje, ale rozmawiam z kotami. Różnymi. Dowiaduję się od nich, że jest problem, który da się rozwiązać tylko skacząc w wielką otchłań. Kto skoczy w otchłań ten nigdy nie wróci, za to uratuje świat. Koty mnie namawiają, żebym tam wskoczyła. Niekoniecznie mam ochotę, ale słucham ich argumentów. W otchłani coś jest zamknięte, mam to wypuścić. Nikt nie wie o co chodzi i zapominam o sprawie, ale przychodzi do mnie kot-starzec-mędrzec, posiwiały rudzielec. Jakoś mnie przekonuje i jestem gotowa iść w otchłań. Tuż przed samym skokiem skądś się dowiaduję, co jest zamknięte w otchłani. Otóż: PREZERWATYWY. Zdaje się, że kotom o to chodziło, że wypuszczając prezerwatywy z otchłani sprawię, że mniej ludzi będzie się rodzić. Postanawiam więc nie skakać, na przekór. Tymczasem widzę z daleka że starzec-kot biegnie, krzycząc "nie skacz, już wiem, co tam jeeeest"! Mi jest wszystko jedno, uważam to za głupią intrygę i wielkie nieporozumienie i odwracam się na pięcie.

Ania




15.06.2009__00.04
komentuj (0)

13.06

wybitnie okropny i męczący sen, może dlatego go zapamiętałam.
Jadę samochodem, obok mnie ktoś znajomy, ale nie wiem kto, jakaś dziewczyna. Kierowcy nie znam. Obok siedzi Roman i egzaminuje mnie z audiowizualności. Odpowiadam na pierwsze i drugie pytanie. Po trzecim pytaniu okazuje się, że powiedziałam wszystko odwrotnie, bo źle usłyszałam (jakoś tak). Roman zaczyna po mnie jechać, że jestem głupia, ja się tłumacze z tego przesłyszenia ale pogrążam się tym tylko jeszcze bardziej. Oczywiście - nie zdaję. Roman milczy, ja zaczynam mówić do osoby z którą jadę. Na przemian przeklinam i płaczę.
Nagle się okazuje, że przyjechaliśmy do szpitala psychiatrycznego. Roman mówi, że po tym jak zachowywałam się w samochodzie, nie ma wątpliwości, że jestem chora i dla mojego własnego dobra muszą mnie tam zamknąć. Ubierają mnie w białą piżamę. Całkiem duże pomieszczenie, w starym budynku. Betonowa podłoga i drewniane okna, dużo metalowych szafek z różnymi lekami. Kilka pielęgniarek w śmiesznych czepkach (takich kąpielowych jakby) się mną niby zajmuje, ale tak na prawdę po prostu chodzą dookoła. Jedna podchodzi i mówi, ze zaraz ogolą mnie na łyso. Zaczynam protestować, chce się wyrwać, ale wiem, ze im bardziej będę się starała im postawić, tym mocniej uwierzą, że na prawdę oszalałam. Czuję się strasznie, w pewnym momencie zaczynam myśleć, że może na prawdę jestem nienormalna, tylko po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy. Po kryjomu piszę smsa do mamy, żeby tu przyjechali ale nie pamiętam, czy udaje mi się go wysłać. Jestem śmiertelnie przerażona, ale jakby nie tym, że mnie zamkną w zakładzie, tylko tym, że "stracę" rok życia. O tym głównie myślę. Sen się urywa.

Katarzyna




17.03.2009__09.02
komentuj (0)

16/17 marca

pracowałam w policji, chyba. W każdym razie moje zadanie polegało na tym, że nocami siedziałam w krzakach, w przeróżnych ogrodach. Łączyło je to, że w każdym była zostawiona broń, którą ktoś miał w nocy odebrać. Moja zadanie polegało właściwie nie na tym, żeby ścigać tych, którzy przychodzą, a na tym, by w razie, gdyby zaniepokojony właściciel domu zechciał zajrzeć i sprawdzić co też się dzieje w jego ogrodzie, ja miałam zabijać intruzów, nim zdążą zrobić im krzywdę.




17.03.2009__08.55
komentuj (0)

15/16 marca

Maleńka salka, w niej może 30 osób, z czego połowa, to to ludzie których znam. Część, razem ze mną leży przykryta kołdrami na jakiś materacach pod jedną ze ścian. reszta przy stolikach, wszyscy popijamy piwo z plastikowych kubków. Trwa koncert Maleńczuka. Wszystko normalnie, tylko jest jakoś dziwnie cicho, na tyle, że spokojnie można rozmawiać. Koncert jest podzielony na trzy części. Dwie pierwsze przebiegają całkowicie normalnie. Gdy zaczyna się trzecia, następuje coś bardzo dziwnego. ta mała sala zaczyna się rozszerzać, po chwili znajdujemy się już w naprawdę dużej hali. Wchodzi procesja składająca się z bardzo wielu księży, ministrantów, Maleńczuk też jest wśród nich. Zaczyna się coś, co chyba z założenia ma być mszą, jednak przebiega dziwnie, wszyscy ustawiają się w "krąg mocy". Nie podoba nam się to, chcemy się wydostać. jedyna droga ucieczki zakłada przejście przez sam środek kręgu, co niesamowicie rozwściecza zebranych duchownych. udaje nam się jednak zbiec.




17.03.2009__08.48
komentuj (0)

14/15 marca

Przyjechałam, razem z dość dużą grupą znajomych do niewielkiego, niemieckiego miasteczka. Główną jego rozrywką był ogromny park w którym przygotowano wiele atrakcji (taki park na zasadzie "baw się i ucz", różne technologiczne nowinki itp.) Najbardziej spodobało mi się coś, co wyglądało jak wielkie, zielone bagno. Po zanurzeniu się w tej substancji traciło się poczucie grawitacji! Właściwie cały sen polegał na tym, że sobie w tym czymś chodziłam, w jednym tylko momencie zwróciłam uwagę na dziewczynę brodzącą obok mnie. Zdziwiło mnie to, że jest naga i uparcie nakłada sobie warstwy tego magicznego błota na piersi, wystawiając je następnie na słońce, żeby je osuszyć przed nałożeniem kolejnej warstwy...zapytałam ją, co robi i odpowiedziała mi, że ma nadzieje, że to będzie działało jak taki trwały push-up.

Katarzyna




26.01.2009__00.41
komentuj (0)

Rozmaitości z poprzedniego tygodnia, dat już nie pamiętam.

1.
Jestem w niewielkim, spokojnym miasteczku. Jest tu jedna główna ulica, a przy niej schludne domki. Prawie nikogo nie ma. Cisza i spokój. Dowiaduję się o wielkim spisku. Muszę szybko działać, bo WSZYSCY z całego świata jada właśnie tu, żeby zdobyć Szóstą Pieczęć. Ktoś puścił plotkę, że właśnie tutaj jest. Spotykam Julkę B. i dowiaduję się, że trzeba szybko cos robić, tylko dwie rodziny wiedzą cokolwiek na temat Szóstej Pieczęci. Jej rodzina i moja. Przy czym jej wie o co z nią chodzi i jak jej użyć, a moja - GDZIE ona jest. Pędzę do mamy, pytam ją o Pieczęć, a ona śmieje się w głos i mówi - zamurowana w ścianie w naszym domu (chodzi o ścianę, o którą oparty jest nasz kuchenny stół - to ściana nośna, jak ktoś ją wyburzy, to mu się dom na głowę zawali).
Wiem juz wszystko i biegnę do miasteczka mylić tropy dla przyszłych przyjezdnych, co polega na tym, ze układam na progach domów w równych rządkach wierzbowe listki.

2.
Pani z administracji plotkuje ze mną przez telefon o lokatorach bloku w którym we śnie mieszkam. Nudzi mnie to trochę, choć cieszę się, że wyciągnęła brudy mojego sąsiada, którego nie cierpię. Idę do Ani Kordus. U niej w mieszkaniu dwie identyczne kanapy, ustawione naprzeciw siebie. Rozmawiam o czyms z Anią, po czym nadchodzi znikąd stara gruba obleśna baba i mówi, że chce TU usiąść (dokładnie tu, gdzie ja i Ania), bo to JEJ miejsce. Baba nie jest niczyją krewną ani przyjaciółką. Obca baba. Ania już chce wstawać i ustępować ale ja na to: zaraz zaraz, a nie może pani usiąść na tej kanapie naprzeciwko? Jest taka sama. Babon mówi że nie i odwraca się tyłem, bo chce usiąść na nas, byleby tylko na swoim miejscu.
Po czym trzymam w ręku książkę, przekręcam kartkę i okazuje się, że ja o tym wszystkim CZYTAM.




23.01.2009__22.47
komentuj (0)

2.I

jestem na jakiejś nudnej imprezie. W pewnym momencie, nie wiem ko końca, jak, dowiaduje się, że mój znajomy, Kuba, ma romans z naszym wykładowcą programów graficznych. Nie wzbudza to we mnie większych emocji, bawię się dalej. Nagle pojawia się gospodarz i oznajmia nam, iż do zaatakowały żaby. I rzeczywiście, można zaobserwować, jak wciskają się pod drzwiami, przedostają się przez wszystkie szczeliny. Nie ma paniki, bo pan domu uspokaja nas mówiąc, iż nic nam się nie stanie, jeśli pójdziemy spać, najlepiej w jakiś trudno dostępnych miejscach.
Razem z Kubą kładziemy się w wannie. Wszystko ok, już prawie przysypiam, gdy nagle wybudzają mnie krzyki mojego towarzysza: "nieee, ja taaaak nie mogee!"; "Czarek mnie zabije, to wobec niego nie fair"; "to prawie, jakbym go zdradził", połączone z jakby epileptycznymi drgawkami. Zastanawiam się, jak go uspokoić, gdy nagle zauważam, iż znalazł on już rozwiązanie swojego problemu. Zaczął odgradzać się ode mnie usypując miedzy nami barykadę z wszelkich znajdujących się w tej łazience kosmetyków i gąbek. przyjmuję ten fakt wyjątkowo spokojnie, zasypiam, budzą mnie żaby, jest ich tak duzo, że zaczynaja się wysypywać z tej wanny.


Katarzyna




18.01.2009__20.16
komentuj (0)

18 I
Mnóstwo rzeczy, ale na pewno pociągi-taksówki.

Ania.




14.01.2009__04.00
komentuj (0)

13 I
Jestem na wakacjach w Egipcie albo i innym arabskim kraju. Chodzę sobie po hotelowym lobby i postanawiam iść na basen. Po drodze widzę przy dwóch oddzielnych stolikach (pudelkową) parę: Lindsay Lohan i jej dziewczynę, didżejkę. Lindsay rozmawia ostentacyjnie z jakąś inną dziewczyną, z czego wnoszę, że się pokłóciły i postanawiam poderwać didżejkę. Ale najpierw muszę w jakimśtam celu pójść do pokoju. Wsiadam do windy. Mój pokój jest na pierwszym piętrze i jest mi strasznie głupio, że wsiadłam do windy, więc wciskam siódme. W ogóle do wyboru jest tylko pierwsze, drugie lub siódme. Winda rusza i coraz bardziej się rozpędza. Jedzie i jedzie. To siódme musi być bardzo wysoko. W końcu dojeżdża na dach hotelu i, mimo, że zwalnia, nie zatrzymuje się, tylko wystrzeliwuje z szybu w powietrze niczym rakieta. I frunę. Wiem, że umrę, nawet niespecjalnie boję się, tylko bardzo jest mi smutno, że to już tak niedługo, za kilka sekund. Ale winda jakimś cudem zahacza o dach kilka pięter niżej i zupełnie nic mi się nie dzieje. Wychodzę, nie wierząc. Widzę z dachu, na którym stoję, drzwi ewakuacyjne, a za nimi dwóch śniadych mężczyzn pokazujących sobie mnie palcami. Nie mogą otworzyć drzwi, więc podbiegam i otwieram od zewnątrz, cała szczęśliwa, że żyję i zdziwiona, że to ja im muszę pomagać. A ci zamiast się ucieszyć, wyciągają karabiny czy inne ręczne wyrzutnie pocisków, grube rury w każdym razie, i zaczynają do mnie strzelać. Chcą mnie zabić. Znajduję jakąś poduszkę, która jest magiczną tarczą i żadna kula ani granat ani bomba ni pocisk nie mogą zrobić mi krzywdy. Kiedy tamtym skończyła się amunicja, krzyczę:
Teraz rozumiem, dlaczego was zabijamy w Iraku!!
(możliwe, że powiedziałam coś innego, ale było to bardzo przerażająco rasistowskie i chodziło o to, że Arabowie powinni zdychać, bo są tacy wrodzy i na miłe słowa odpowiadają agresją)


Kilka dni wcześniej śniło mi sie dużo urywków:
*rower, który można schować do plastikowego pudełka i włożyć do torebki
*dwóch bliźniaków, z których jeden spędził 20 lat w USA, a drugi 20 lat w Anglii i właśnie spotkali się po raz pierwszy
*obciachowa podróba Klimta


Ania




08.01.2009__00.55
komentuj (0)

7 I
Jestem na czymś w rodzaju festiwalu i oglądam najpiękniejszy balet życia. Odbywa się on nie na scenie, tylko na podłodze bardzo dużego pomieszczenia. Widownia stoi dookoła.
Baletnic jest na oko ze 30.
Jest to balet trzypoziomowy, to znaczy że na ramionach baletnic stoją baletnice na których ramionach stoją baletnice. Efekt niesamowity i doskonała synchronizacja, choreografia oprócz klasycznych kroków i skoków (na trzech poziomach!) zawiera w sobie również stanie na głowie oraz wyrzucanie nóg w górę podczas siedzenia, fikołki itp. (te ostatnie zdaje się już w wersji jednopoziomowej bo cała struktura była płynna, raz wyższa, raz niższa. Kiedy dziewczyny kończą, biegną do garderoby, a ja za nimi. Garderoba to taki pomazany kibel malowany farbą olejną, z dwoma kabinami, w stylu gimnazjum rejonowego. Kiedy dziewczyny się przebiorą (w tempie ekspresowym) wyglądają paskudnie, dokładnie jakby uczennice tegoż gimnazjum. Czar prysł! Piękne ciemnoniebieskoszare kostiumy z paczkami zamieniają na dżinsy firmy krzak i odblaskowo zielone koszulki na ramiączka. Makijaż znika, a z koków robią sobie po dwa kucyki. nagle ni w pięć ni w dziewięć do kibla-garderoby wchodzi Thom Yorke. Trochę jest zmieszany. Mi szczęka opada, a dziewczęta, nie orientując się zupełnie kto to, mówią: Proszę, proszę! Pan wejdzie!.
Pytam się Thoma czy mogę sobie zrobić z nim zdjęcie, a on się bardzo przejął i zaczyna wymyślać ustawienia i pozy jakie mamy przyjąć. W końcu ustala, że zdjęcia będą trzy: 1. jak ja go całuję w policzek; 2. jak on mnie całuje w policzek; 3. jak całujemy się w usta. (nie ma w tym krzty erotyzmu, raczej Thom chciał żebym miała się czym pochwalić przed koleżankami)
Bardzo miła sesja, ale wychodzimy z kibla i (chyba) każdy w inną stronę.
Idę na obiad i chyba nagle jestem w Chinach, gdzie w przeogromnej i pustej restauracji obsługują nas Chinki. Nas, to znaczy nie wiem kogo - ja, Bors, chyba Kasia - ikapowcy. Chinki wyglądają na obrażone, zdaje się, że wcześniej jednej z nich nawrzucałam conieco. W każdym razie jedzenie wjeżdża, a Chinka-kelnerka się zwierza, że jest strasznie dużo pracy, cala obsługa nie śpi bo dzisiaj przyjeżdża bardzo duża grupa.
- Większa niż nasza? - pytam. Ta "nasza" grupa to w domyśle jakieś 200 osób.
- Ta ma ponad 400.
- Skąd weźmiecie tyle obsługi do jutra!? - pytam zadziwiona, wiedząc doskonale po moich wakacyjnych doświadczeniach pracowych co oznacza przygotować posiłek dla wielkiej grupy ludzi.
- Wszyscy będą pomagać, nawet pani (i tu wymienia nazwisko menedżerki).
Jest to coś w rodzaju katastrofy, bo menedżerka jest monstrualną babą, na oko 200kg. Wydaje się to wszystko niemożliwe do zrealizowania, cieszę się, że wyjeżdżam.

Ania




29.06.2008__16.00
komentuj (1)

Byłam w wodzie, to było morze. Na horyzoncie, zamiast statków płynęły samoloty. Silnikami straszliwie burzyły wodę, do tego jakby przyciągały mnie do siebie. Zaczęło mnie strasznie martwić to, że jestem już bardzo daleko od brzegu i w dodatku nie mogę do niego wrócić, podpłynąć,bo coś mnie ciągnie dalej. Nagle samoloty wzleciały w powietrze, woda się uspokoiła, a ja, po odwróceniu się w stronę brzegu zobaczyłam, że nie jest on wcale tak bardzo daleko, a jedynie kilka metrów ode mnie.
Wyszłam, cała mokra wsiadłam do jakiegoś samochodu, za kierownicą była kobieta. Z dużej walizki lezącej na tylnym siedzeniu wyjęłam swój indeks, który okazał się być nienapompowanym, brązowym balonikiem na którym wyrysowane były jakieś tabelki. Wypuściłam ów balonik z ręki, oczywiście wyleciał za okno na środek autostrady. Na szczęście był korek (na autostradzie,a jak) i mogłam wysiąść, odszukać go i podbiec powrotem. [no i koniec, budzik]

Katarzyna




22.06.2008__19.19
komentuj (0)

18/19

Siedzimy z K. na dziwnej, prowizorycznie postawionej ogromnej trybunie. Jestem w tym śnie koleżanką jego mamy, znacznie od niego starszą, do tego mamy romans;] Jest dużo ludzi, bardzo, ale nic konkretnego się nie dzieje. Nagle, na dole, jego przyjaciel, ubrany w srebrny płaszcz \'który cały jest mikrofonem\' zaczyna biegać w kółko wygłaszając referat o....papajach. W następnej scenie nie ma już nikogo, tylko my. Chcemy zejść ale okazuje się, że nie ma schodów. K skacze. Nic mu się nie dzieje, ale ja się boję. Idę w kierunku jednej z krawędzi tej trybuny, żeby jednak poszukać jakiegoś zejścia. Cała konstrukcja zaczyna się nagle przechylać, tak, że po chwili jestem już tuż nad ziemią i spokojnie mogę skoczyć. Odchodzę kilkanaście metrów i wtedy całość tej konstrukcji się zawala.

21/22

mieszkam na Solcu. (miałam taka świadomość, choć okolica była raczej inna) Mieszkanie jest duże, wiele przechodnich pokoi, tylko wszystko strasznie zagracone i bardzo ciemne. W jednym z tych pomieszczeń jest jakaś kawiarnia, ale nie ja ja prowadzę. Przychodzę tam, zastanawiam się, czy chce się czegoś napić i nagle zauważam całą paczkę marcepanowych kuleczek, zabieram je i wychodzę. Błądzę po okolicy, z aparatem. właściwie to jest jakieś dziwne miejsce - labirynt budynków i podwórek, tak że czasem idę po ziemi, czasem po dachach ale wszystko jest jakby na tym samym poziomie. w pewnym momencie wchodzę do jednego z nich, jest dziwne, wygląda trochę jak lotniskowa poczekalnia. Robię zdjęcia, nagle ktoś dzwoni, wyciągam telefon. Zaraz po skończeniu rozmowy podchodzi do mnie jakiś stary dziad, chce mi wyrwać telefon. Szarpię się z nim, nikt nie reaguje. Staram się jakoś zbliżyć do policjantki która stoi kilka metrów od nas, ta nas zauważa, oddziela go ode mnie, pomaga jej jeszcze jakiś koleś, który zaczyna mu wiązać ręce swoimi sznurówkami. Policjantka mówi mi, ze musi zatrzymać mój telefon na miesiąc, jako dowód. Mowie jej, że to bez sensu i wychodzę. Wracając robię zdjęcia. Wracam do mieszkania. Okazuje się, że w moim łóżku leży znajomy, z dziewczyną swojego przyjaciela. Jestem na nich strasznie zła ale (nie wiem, dlaczego) nawet tam nie wchodzę, choć widzę, że tylko rozmawiają;) Potem ona gdzieś znika, on mnie zaczyna przepraszać za bardzo wiele rzeczy. już jest ok, złość mi mija ale zauważam, że on właśnie zjada moją ostatnią marcepanowa kulkę i go wyrzucam z tego mieszkania;D

Katarzyna




11.06.2008__18.08
komentuj (0)

I. Środek lasu, żadnych zabudowań, tylko dwa supermarkety obok siebie. Godzina 19:45, wchodzę do pierwszego, jest czynny do 20.Ne udaje mi się jednak zrobić zakupów, bo marnuję 15 min na przyglądanie się, jak jakiś facet, w dziale z nabiałem, karmi kilkanaście osób karmelem przy użyciu strzykawki. Zostaję wyproszona punktualnie o 20, przechodzę do drugiego sklepu nad którym (ku mojej niewysłowionej radości) widnieje napis "czynne do 21:44!" spokojnie robię zakupy, nagle spostrzegam, że jeden z pracowników to mój znajomy. Rzucam koszyk, podbiegam do niego, zaczynam się przytulać, mówiąc "jedyni mężczyźni, którym jeszcze ufam, to Ty i Jack Daniels", dalej nie pamiętam.

II. Duże pomieszczenie, wiele rodzin w tym ja ze swymi rodzicielami. Nie wiem, jaki jest cel tego zbiegowiska ale polega to na tym, iż wszyscy przyszli ze swoimi kotami (my mieliśmy 3) W pomieszczeniu tym jest wiele łóżek, foteli, rozrzuconych poduszek, za którymi owe koty się chowają. łapiemy je i zakładamy im na łapki takie ochraniacze jak w szpitalu a na całe ciało coś, co wygląda jak gigantyczna zielona prezerwatywa, tylko, że z takiego materiału, jak reklamówki. One się z tego oswobadzają, znów je łapiemy i tak dalej.

Katarzyna