Następne


05.06.2008__23.42
komentuj (0)

jak przystało na sen w trakcie sesji... układałam wysoką wieżę z książek do złudzenia przypominających nasze skrypty od antropologii wszelkich. Ciekawe były ich tytuły, np 'gorący czajnik bez gwizdka, a życie domowe par rozwodzących się', albo 'myszy i hydranty'. Żeby ułożyć sprawnie wieże aż do sufitu wyposażyłam się w szczudła. Nie były to takie zwykłe szczudła, proste, tylko takie w kształcie jakby spirali, trochę przypominały schody w buwie;)Gdy do sufitu zostało już tylko kilkanaście centymetrów postawiłam na niej małą klatkę. Była przykryta purpurwym materiałem, ale wiedziałam, że w środku jest mały krokodyl. W następnej scenie w tym pomieszczeniu zaczęli się zbierać ludzie, głównie księża. Czekaliśmy na kogoś ważnego, kto miał odsłonić klatkę, ale sen się skończył.

Katarzyna




02.06.2008__12.41
komentuj (1)

27/28

Pojechaliśmy gdzieś (w towarzystwie ikapowym) na sylwestra (choć było to lato). Bawiliśmy sie w miejscu o bardzo dziwnym wystroju. Absolutnie wszystko było tam z jakiegoś ciemnego, lakierowanego drewna. Jedynymi szklanymi rzeczami były kieliszki. Niewielkie ale w bardzo fantazyjnych kształtach. Cała zabawa polegała na tym, iż zamawialiśmy coś, a następnie nie oddawaliśmy kieliszków. Gdy uzbierało się ich już sporo, Ola zbudowała z nich piramidkę i rozlała doń Ballantines'a, tak, jak szampana. Chwile później okazało sie, iż alkohol się całkowicie skończył. My już nic nie mamy, a i bar został zamknięty z powodu owego braku. Z ratunkiem przyszedł Bors, odnajdując gdzieś w rogu schowanego, dużego, czerwonego misia - lampę. Wcisnął guziczek, misiowi odskoczyła głowa a w środku znaleźliśmy pełną butelkę.

31/1

Snu w całości nie pamiętam. Byłam w dużym mieszkaniu, które wyglądało tak, jakby ktoś się do niego dopiero wprowadził. Znajdowało się tam też bardzo wiele innych osób, niektórych znałam, o innych wiedziałam, że znaleźli się tu przypadkiem. W pewnej chwili okazało się, iż jestem całkowicie nago, zaczęłam się zakrywać przypadkowymi przedmiotami, a później udało mi się znaleźć jakieś ubranie. druga scena, jaką pamiętam była taka, iż nagle pojawił się mój tata, zauważyłam że rozmawia z moim znajomym na temat obrazów olejnych przedstawiających wojnę w Wietnamie. W ostatniej, którą zapamiętałam, do tego mieszkania weszła Anna S. Miała przy sobie dużą torbę, w której były same żaby. Poszłyśmy na jakieś bagna, żeby je wypuścić. Nagle jednak zamknęła torbą, powiedziała, że nie należy ich wypuszczać, bo żaby to symbol jej zazdrości i nie można dopuścić, żeby ktoś się nią zaraził. Wróciłyśmy więc, w mieszkaniu już nikogo nie było, a my (nie pamiętam, z jakiego powodu) zaczęłyśmy strasznie płakać.

Katarzyna




02.06.2008__00.37
komentuj (0)

30/31 maja
To był długi sen złożony z pourywanych epizodów.
1. Wyścig chwiejnych motorówek po wburzonym, zatłoczonym morzu - wyścig do Wenecji.
2. W Wenecji nurkuję pod mostem, ale się nie mieszczę. W tej Wenecji odwiedzamy mojego tatę chrzestnego, ale nie możemy go znaleźć. mój tata łowi wielkie ryby w kanale na wielką wędkę. Mieszkamy na motorówce-barce.
3. Lecę samolotem z autopilotem i on prawie rozbija się o górę, ale jak na amerykańskim filmie w ostatniej sekundzie podrywa się do góry sam i, kosząc gałęzie drzew, wzbija się.
4. Odbywa się coś w rodzaju wojny na czary. Widzę szkielet domu, który jest metalowy i cały z gęstej, kwadratowej siatki-klatki. Na pretach powieszone są za ogon zdechłe szczury, nieregularnie, czasami grupkami po dwa-trzy. Między nimi zatknięte między pręty nieskazitelne białe łabędzie pióra.

Ania




28.05.2008__01.59
komentuj (0)

26/27 maja
Jestem w kuluarach Sali Kongresowej i jakiś pan po angielsku mówi do mnie i do mojego taty (albo kolegi-Konrada, nie jestem pewna, jakoś sie przeplatali), że ma do wynajęcia studio nagrań za 500 euro miesięcznie. Tata/kolega jest zachwycony, ponoć to wielka okazja. Pan, zblazowany i smutny siwy Anglik opuszcza je na zawsze i nie chce, żeby stało puste. Nigdy w życiu co prawda nie planowałam nikogo nagrywać, ale cóż, udziela mi się radosny nastrój. Idziemy obejrzeć to studio. Idziemy szerokim holem, jakby zwyrodniałym parkietem tanecznym w jodełkę i dochodzimy do staromodnego baru, przez który się wchodzi, wejście za kontuarem i stołkami.
Okazuje się że jest to przecudowne wielkie mieszkanie-pałac, a może dom, urządzone w takim starym, tajemniczym, mięsistym stylu, zasłony, draperie, kryształy i złote fotele, ale na prawdę niesamowicie gustowne. W dodatku w małych ilościach, bo pan Anglik wszystkie osobiste rzeczy zabrał. W pokoju zostaje na przykład tylko monstrualne lustro i fotel. Gdzie indziej jedynie stolik i zasłony. Albo sama szafa. Wszystko jest niedopowiedziane w ten sposób, że chce sie od razu dopowiadać. Ta atmosfera! Poza czasem, tylko usiąść na tym parkiecie z egzotycznego drewna i siedzieć. I siedzieć.
Ja od razu chcę tu zamieszkać. Co do studia, to panu Anglikowi chodziło studio nagraniowe filmowe i że to takie oryginalne wnętrza, że jak ktoś chce, może odnajmować ekipom filmowym. I zbić na tym kokosy, bo dom ma ze sto pokoi, wszystkie zalane światłem ciężkawym i spokojnym, jednocześnie namiętnym i przykurzonym. W jednym pokojach dzień słoneczny, winnych półmrok. Można zamieszkać w trzech, na reszcie zarabiać.
W którymś z pokoi ogromna staromodna klatka z wielką zieloną arą, której pióra w ogonie nie są proste i długie jak powinny, tylko pocienione, natapirowane i pozwijane w jakby fryzurę z lat osiemdziesiątych. Jest też królewski kot brązowo-bursztynowy.
Jedna rzecz mnie ciekawi. Przyglądam się. Na parapetach i podłogach i stolikach są napisane kredą imiona, w różnym miejscach, w kolejności alfabetycznej. W niektórych miejscach, na napisie stoi pusta doniczka z tym samym imieniem na niej. Okazuje się, że pan Anglik bardzo bardzo kochał rośliny, miał ich tysiące, każdą nazwał, a jej imię napisał na doniczce jak na obróżce. Dodatkowo też pod nią, żeby zawsze stawiać kwiaty w odpowiednim miejscu, miały swój adres.
Rośliny pan zabrał ze sobą już wcześniej. Oczywiście zostajemy, zachwyceni, a pan o melancholijnym spojrzeniu odchodzi.

Ania




27.05.2008__11.51
komentuj (2)

sprzedawałam patelnie na chińskim bazarze.
tyle.

Katarzyna




25.05.2008__22.48
komentuj (0)

24/25 maja
Jestem nowo najetą sprzątaczko-pokojówką u Dody. Mam gustowny stereotypowy fartuszek i taki czepeczek na głowie. Inne sprzątaczki (3 - dwie stare, jedna młoda) wprowadzają mnie w rzemiosło, ale ja się wożę, bo wszystko wiem, jestem ultradoświadczona. Sprzątam kłaki po jej kocie, układam jakieś gadżety w łazience. Kot jest przerażająco obrzydliwy, ma twarz o kształcie ludzkiej czaszki, taką jakby sercowatą też trochę - zdeformowany potwór. Wychodzę z łazienki z kłakami w garści. Doda właśnie wraca do domu, siada na swoim łóżku. Mówię 'Dzień dobry, pani Doroto', bo w ostatniej chwili przypomina mi się jak ona się nazywa. Jej pokój jest oczywiście różowy ale - pełen książek, na prawdę megapełen. Są w nim dwa kosze na śmieci ze śmietkami w środku(dziwię się, że my, sprzątaczki, nie wynosimy śmieci - ale taki zwyczaj). Gadam coś o kocie, a Doda, że tylko on się ostał. W sensie, że trzy ostatnio zdechły.
Wychodzę z pokoju, spotykam Radzia. Witam się, a on nie chce puścić mojej ręki. Jakieś niedobitki na imprezie, zbieram trochę szklanek. Chyba jest jakaś 5 rano?

dzisiaj w ciągu dnia
Spotykam w autobusie obcego mi chłopaka. Zagaduje mnie i z wielką przyjemnością udaję się z nim na spacer. Najlepsze w nim jest to, że wygląda jak Jacek i Placek i podróż za jeden uśmiech, Lasse, Bosse, Ole - archetyp urwisa. Blond szopa sztywnych wlosów, zadarty nos, piegi i uśmieszek. Robimy miliardy żartów, na przykład on kupuje mi majtki w kratkę biało-czerwoną - na maturę. Nie wiem, co w tym zabawnego, ale wydaje mi się bardzo finezyjny. Bawię się tak znakomicie, że jestem gotowa zostać z nim na zawsze i pójśc wszędzie, gdzie mnie zaprowadzi. Pokazuje mi miasto z wszystkimi prywatnymi ulubionymi miejscami. Ale powoli, stopniowo on jakoś markotnieje. Wiem, że ma dziewczynę, bo wydało się przy tych majtkach. Ale myślałam, że mu to nie przeszkadza, z resztą to nie do końca miał być romans.
Aha - jestesmy w Łodzi. (kurwa)
On ciągle gaśnie, gasnie, aż w końcu wysadza mnie na jakimś przystanku prosto na czerwony dywan, którym idę do sklepu Peek& Cloppenburg. Myślę sobie: spoko, przynajmniej zakupy zrobię. A tam - wszystko w kartonach i napisy - remanent, zapraszamy 14 stycznia. Idę na schody, chcę wejść na piętro. Obsługa mnie zatrzymuje, mówi, że jest festiwal filmowy. Ja na to, że mam akredytację, tylko zapomniałam i na pewno jestem na liście. Podaję kolejne nazwiska ludzi i robię wrażenie. Już zaraz mam wejść, już jestem pod salą. Tymczasem wbiega Giertych w zielonej koszulce i biegnie na film. Acha jest to przegląd krótkometrazowych austriackich fabuł historycznych o jakiejs bardzo długiej niemieckiej nazwie. zdaje się, że jest bardzo prestiżowy.
Już wchodzę do sali, otwieram drzwi, ale mi się odwidziało i zawracam.

Ania



pojechałam do Rosji na rowerze.


23.05.2008__17.20
komentuj (0)

Ogromne, kremowe łóżko, na nim jedynie ja i kilkadziesiąt numerów Rolling Stone'a. Dzwoni telefon, odbieram, okazuje się, ze to lekarz.

lekarz: musi pani tu natychmiast przyjechać!
ja: ale ja jestem zdrowa, a do tego obecność w szpitalu sprawia, ze jest mi niedobrze.
lekarz: ale to nie pani jest chora, tylko pani znajomy, potrzebujemy nerki do przeszczepu.
ja: mojej nerki?
lekarz: tylko pani, bo macie takie same! (yyyyyy...)
ja: ok! to fajnie, jadę!

Nie pojechałam tam, a poszłam. Do tego towarzyszyła mi kobieta, która całą drogę opowiadała o tym, że zgubiła ważny klucz. Padało. W pewnym momencie zaczęłam szukać wspomnianego klucza, w krzakach. Zamiast niego znalazłam jedynie bilet na koncert Toma Waitsa, który, według informacji na nim zawartych odbył sie, niestety, miesiąc wcześniej. Po drugiej stronie tegoż biletu znajdowało się zaproszenie do cyrku, także 'przeterminowane'.
Zamiast w szpitalu znalazłam se jednak na lotnisku, ze świadomością, że przyleciałam tu z Warszawy, jednak docelowo wybieram się do Rosji. Szukając w panice miejsca, w którym mogłabym zapalić (na lotnisku przebywały wtedy 4 grupy kolonijne i z tegoż powodu zakazano tam tego dnia palenia) spotkałam znajomą (och, Olu!) Szła spokojnie, z zieloną wiewiórką na smyczy. Wyglądałaby tak, jak normalnie, gdyby nie fakt, że całkowicie pozbyła się swoich rudych włosów;)Poinformowała mnie, iż wybiera się na Islandię, gdyż w tym mieście zrobiło się już za ciasno i nie może normalnie oddychać. Zniknęła, a mnie ktoś poinformował o tym, że wszystkie loty do Rosji zostały odwołane, z powodu "zbyt dużej ilości gawronów w powietrzu". Strasznie zdenerwowana, zaczęłam krzyczeć, ze muszę się tam dziś dostać, że to niezmiernie ważne. Dowiedziałam się, iż cala grupa osób w podobnej sytuacji za pół godziny odjedzie na wschód, muszę tylko zejść do piwnicy, tam ich znajdę. Zeszłam. W piwnicy spotkałam Annę K, która przywitała mnie słowami "o boże, mam tyle wódki, że starczy nam do granicy, potem już będzie tylko lepiej!" życiowe całkiem;)Dostałam złoty rower, z numerem 34 przy kierownicy.
Pojechałam do Rosji na rowerze. Chyba, gdyż obudziłam się, ja tylko ruszyliśmy.

Katarzyna




21.05.2008__00.20
komentuj (2)

to tak na próbę bo akurat dzisiaj nie pamiętam sdkjafhaskjdfhdskjfhsdkfhdskjfhdskjhfdskjfhskjdfhksjllllllllllllll dhfskjdfhkjdsfhkjdshfkjdshfkjdsfhkdshriueyueiuuuuuuuuuuuuuuuuuu uuuuuuuuuffffffffffffff8888888888888888888 tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćsetv tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset v tysiąc pięćset sto dziewięćset v v v tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćset v tysiąc pięćset sto dziewięćset tysiąc pięćset sto dziewięćsettysiąc pięćset sto dziewięćset
A.t